• Wpisów:243
  • Średnio co: 11 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 19:36
  • Licznik odwiedzin:66 700 / 2718 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jest kilka takich dni w roku, kiedy moje miasto potrafi mnie zaskoczyć i sprawić, że wcale nie czuję się tak, jak gdybym mieszkała tu od ponad dwudziestu lat, tylko przyjechała na kilka dni na wakacje. Na początku miesiąca do Lublina zawitał Kabaretowy Klub Dwójki, ledwo co skończył się festiwal Inne Brzmienia, a wczoraj do historii przeszedł mój faworyt na liście lubelskich festiwali - *Carnaval Sztukmistrzów*!

Cztery dni wypełnione występami artystów, pomysłowe dekoracje podkreślające piękno miasta, unoszące się w powietrzu zapachy smakołyków i tłumy turystów - tak właśnie wyglądało to w tym roku. Ciężko to opisać, ale łatwiej pokazać:

Stare Miasto jak zwykle opanowali Sztukmistrze chodzący po linach nad głowami turystów, taki widok w Lublinie już chyba nikogo nie dziwi, ale wciąż tak samo zachwyca!




*Plac Po Farze* został opanowany przez parasolki, które wyglądają tak pięknie, że zdecydowanie powinny zostać tam na dłużej.



*Zamek Lubelski* to zdecydowanie moja ulubiona budowla i mimo różnych opinii temat jego wyglądu, to mnie zachwycał już od najmłodszych lat i tak też zostało do dziś!



Na dziedzińcu zamkowym czekała niespodzianka w postaci instrumentów o niewiadomej nazwie i o niecodziennym wyglądzie. Oczywiście musiałam spróbować, jak to jest grać japonkami po rurach



Przechodząc do występów, w pierwszy dzień zachwycił mnie duet *Arritmados* z Hiszpanii

Potem przyszedł czas na *Szafa Show* czyli trio z Dyrektorem Cyrku na czele, Ninją i Pandą oraz ich zabawy z ogniem.

Na każdym kroku znajdowało się coś kreatywnego, stworzonego by podkreślić atmosferę sztuki, magii i niezwykłości Lublina



Drugi dzień był najcieplejszy i najbardziej słoneczny, ale wielu zdjęć nie będzie, bo oczywiście musiałam zapomnieć zabrać ze sobą aparat Tego dnia załapałam się na fragmenty występu Hoopelai, Pina Polar i Izimagic Duo - uwielbiam taką magię! Trzeciego dnia nad Lublinem rozpętała się burza, więc zrobiłam sobie wolne od festiwalu.

Ostatniego dnia z przyjemnością obejrzałam występ *Compagnie Soralino ,,Inbox"* kto by pomyślał, że ze zwykłych pudeł można wyczarować takie show, podczas którego wszyscy w napięciu czekali co stanie się z kartonową wieżą!


Następny w kolejce był *Gregor Wollny*, opis w informatorze festiwalowym zdecydowanie nie oddaje jego umiejętności. Po prostu trzeba zobaczyć to na żywo, bo już same jego miny sprawiają, że każdy płacze ze śmiechu!





Na koniec obejrzałam występ *Pana Ząbka*, ale nie jestem fanką tej formy sztuki.
Nie sposób było opanować się przed spróbowaniem smakołyków, tym bardziej gdy ich piękny zapach atakował z każdej strony. Tak więc przez te cztery dni całkowicie przeszłam na *Carnavalową Dietę*
Mega burger w *Stół i Wół*, codzienna porcja lodów w najlepszej lodziarni *Bosko*, oscypki
z żurawiną i obowiązkowo wata cukrowa, której nie jadłam już parę dobrych lat!


Wieczorem Lublin wyglądał cudownie, kamienice i białe parasole rozświetliły się całą paletą barw, a w związku z tym, że o wszystko zadbała marka Philips, to na jej cześć, na dni festiwalu zmieniła się także nazwa placu.



Carnaval Sztukmistrzów dobiegł końca, ale jestem pewna, że już niedługo będę miała okazję bawić się na kolejnym wydarzeniu tego typu, w końcu Lublin stał się miastem festiwali!
 

 
Witam Was w nowym miesiącu, to niesamowite jak ten czas szybko leci! Zanim zacznę myśleć o lipcu, to czas na podsumowanie czerwca!

1. Parownica Philips - miesiąc rozpoczęłam bardzo dobrze, bo na samym początku udało mi się wygrać parownicę, a wiadomo że takie sprzęty najbardziej cieszą!


2. Kapsułki Vizir i maszynka Gillette Venus to zdobycze, za które otrzymałam całkowity zwrot pieniędzy w ramach promocji w Carrefour. Każdy z Was może wybrać sobie z listy dwa produkty, a po spełnieniu kilku warunków otrzyma zwrot na konto!


3. Zestaw Inspiratorki Rimmel: podkład i tusz Wake Me Up.


4. Zestaw Gliss Kur


5. Zestaw kosmetyków Lirene


6. Tusz Loreal


7. Karta prezentowa Empik 100 zł + e-karta na 60 zł


8. Bilety na Orange Warsaw Festival x 2 - to zdecydowanie najlepsza niespodzianka tego miesiąca! Szczególnie jeśli o wygranej dowiadujecie się kilkanaście godzin przed rozpoczęciem!


9. Wzięłam też udział w kampanii chłodników Winary na Rekomenduj.to, niestety w ogóle nie przypadły mi do gustu...


A jak wasze czerwcowe rezultaty?
  • awatar czokomorena: @blog.carolicious: do małych poprawek jest dobra, ale nie zastąpi klasycznego żelazka :)
  • awatar czokomorena: @♥ whatever ♥: @Paatriciaa: właśnie na sledzimykonkursy.pl, wizaz.pl, sporo jest też na Facebooku :)
  • awatar blog.carolicious: Swietne wygrane :) jak sie spisuje parownica?;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Przyjechała, zaśpiewała, pojechała. I po co było tak protestować? Swoją drogą już mi czasem ta ,,polska tolerancja" bokiem wychodzi...

Moim zdaniem zdecydowanie najlepszy występ podczas wczorajszego Sabatu Czarownic w Kielcach,zdecydowanie nie można jej zarzucić braku talentu i miło było patrzeć, jak ludzie potrafią się bawić bez żadnych uprzedzeń!
  • awatar czokomorena: @summertime sadness .: Nie rozumiem po co wprowadzać ten rodzaj nijaki? To chyba nie takie trudne do zrozumienia, że mówimy o facecie, który na scenie przybiera wizerunek draq queen - czyli występuje jako kobieta, więc zaśpiewała. A dzieci w dzisiejszych czasach patrzą na dużo, dużo gorsze rzeczy,które z pewnością będą miały na nich większy wpływ niż zobaczenie ,,kobiety z brodą" :D Z resztą w Internecie znajdą i tak dużo ciekawsze rzeczy, więc to raczej nie zrobi na nich wrażenia.
  • awatar czokomorena: @amitié.: na każdym polu z pewnością nie, ale jeśli chodzi o wygląd - ubranie, fryzurę, wizerunek to jesteśmy daleko w tyle. W Anglii, Niemczech każdy ma gdzieś jak wygląda osoba obok, od razu czuję się tę swobodę. A co do ,,poważniejszych" spraw, typu wolność wyznania i orientacji - u nas jest narzucony schemat zarówno co do wiary, jak i upodobań i coraz bardziej to czuć. Niestety, ale taka jest prawda, w Polsce wolność wyznania, słowa itp. nie zmierzają wcale w dobrym kierunku.
  • awatar amitié.: ciągle się mówi o tej polskiej tolerancji (a raczej jej braku), a za granicą też aż takiej tolerancji na każdym polu nie ma ;) nigdy nie będzie tolerancji z każdej strony, tacy już jesteśmy - różni. Ja ze swojej strony uprzedzona nie jestem, a występ faktycznie był bardzo dobry :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jakiś czas temu wzięłam udział w akcji ogłoszonej na profilu marki Rimmel, gdzie trwał nabór na ,,Inspiratorki". Udało mi się znaleźć w gronie 1000 testerek, a dzięki temu miałam okazję wypróbować dwie nowości kosmetyczne!

W specjalnie przygotowanym pakiecie znalazłam podkład Wake Me Up i maskarę Wonderfull Wake Me Up



Minęło już wystarczająco dużo czasu abym mogła podzielić się z Wami swoją opinią!

Podkład rozświetlający Wake Me Up z witaminą C
To nie pierwsze moje zetknięcie z tym produktem, już kiedyś próbowałam z nim współpracować, ale niestety odpada na wstępie, z powodu koloru! Wybrałam najjaśniejszy odcień 100 Ivory, w buteleczce nie wygląda na ciemny, ale na twarzy już tak, w dodatku ciemnieje! Same zobaczcie, jak ,,ciemno" wygląda w zestawieniu z innymi podkładami, których używam. Bez mocnego opalania nie ma szans na dopasowanie go do mojej karnacji.
Mam cerę mieszaną, ale kiedy nałożyłam na siebie podkład, to po chwili zaczęłam się mocno świecić, dlatego wymaga użycia pudru, przynajmniej w moim przypadku. Z uwagi na te mankamenty na pewno nie stanie się moim ulubieńcem, ale widzę że w wizażowym rankingu KWC jest hitem, dlatego aby się nie zmarnował oddam go w dobre ręce



1. Bez makijażu / 2. Z podkładem Wake Me Up


Całkiem inną opinię mam na temat tuszu, który od razu przypadł mi do gustu!
Wonderfull Wake Me Up Macara


Jest po prostu cudowny, zaczynając od pięknego opakowania, na zachwycających efektach kończąc. Ale najlepszy jest zdecydowanie ogórkowy zapach(!) Nigdy nie przepadałam za zapachem tuszu do rzęs, ale nie przyszło mi też do głowy, że można go odmienić i to poprzez ogórkowy aromat!
Robi wszystko to, co powinien - podkręca, wydłuża i jak określa producent ,,otwiera oko". Nie narzekam na swoje rzęsy, ale z tuszem od razu widać różnicę, prawda? Na szczęście też nie osypuje się i na spokojnie wytrzymuje cały dzień na rzęsach, mimo tego że nie jest wodoodporny, to jego trwałość oceniam bardzo wysoko!

1. Bez tuszu / 2. Z tuszem Wonderfull Wake Me Up


Oprócz możliwości samego testowania Rimmel zapewnił nam więcej atrakcji, wymyślając zadania do wykonania. Jedno z nich polegało na przedstawieniu swojego porannego makijażu z duetem Wake me Up. Proszę bardzo, gotowe!

#WakeMeUP #InspiratorkiRimmel

Drugie z zadań, to przedstawienie swojego porannego niezbędnika. Oto i on:
zaczynając od soczewek, bez których ani rusz, makijażu z Wake Me Up, kubka gorącej herbaty, aż do organizera, w którym tysiące pomysłów na każdy kolejny dzień! Do tego obowiązkowo małe przyjemności, czyli truskawki i świeca o zapachu Creme Brulee!
  • awatar MrsEagle: faktycznie tusz wydaje się fajny :) super efekt na twoich rzęsach :)
  • awatar blog.carolicious: Same pozytywy na temat tego tuszu :) trzeba bedzie przetestowac :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Uwielbiam niespodzianki, a szczególnie takie, gdy dostaję wiadomość, że wygrałam coś, co już dawno było na mojej liście marzeń do spełnienia! Powiadomienie o wygranym karnecie dla dwóch osób na *Orange Warsaw Festival* dostałam wieczorem w czwartek, kiedy do pierwszego koncertu nie zostało nawet 24 godziny! Na szczęście szybko udało mi się ogarnąć podróż do Warszawy i za kolejnych kilka godzin już siedziałam w pociągu w drodze na festiwal!


Całe wydarzenie odbywało się na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu w Warszawie, a już od przekroczenia bramek czuło się ten wspaniały, beztroski klimat, dzięki któremu można o wszystkim zapomnieć i skupić się na relaksowaniu przy muzyce! Festiwale to chyba najlepsza forma koncertów, bo oprócz swoich ulubionych gwiazd mamy możliwość poznać całkiem nowe, do tego możemy wybierać kogo będziemy słuchać z całej plejady artystów, ewentualnie latać od sceny do sceny (a na OWF były aż trzy) i zobaczyć wszystkie gwiazdy.
Swoją muzyczną przygodę zaczęłyśmy od koncertu *Hey* - jedynego polskiego akcentu, który przyciągnął naszą uwagę.


Nie wiadomo skąd nad Służewcem pojawiły się czarne chmury, przynosząc ze sobą ulewę i burzę, więc niezmiernie cieszyło nas, że zespół, na który czekałyśmy tego dnia najbardziej - Papa Roach, zagra na scenie pod dachem Chcąc zająć sobie jak najlepsze miejsca załapałyśmy się jeszcze na końcówkę występu *Three Days Grace* - dotąd nie miałam pojęcia o ich istnieniu i to był błąd! Za to występem *Papa Roach* jestem zachwycona, chyba nie było utworu, który by mi się nie podobał. Fajnie, że wokalista zauważył wypełniony po brzegi namiot i non stop utrzymywał kontakt z publicznością, nie wspomnę już o tym jak dobrze miał pierwszy rząd






Zarówno ulewa, jak i uroczystość na której musiałam się pojawić w Lublinie następnego dnia, sprawiła, że mogłyśmy zostać na koncercie *The Chemical Brothers* tylko chwilę, czego niesamowicie żałuję! Już od pierwszej minuty, wcale nie miałam ochoty stamtąd wychodzić, muzyka + wizualizacje na najwyższym poziomie!


Drugiego dnia zrobiłyśmy sobie dzień przerwy i nie pojawiłyśmy się w Warszawie, a moim skromnym zdaniem ten dzień był najsłabszy, nie zainteresowała mnie żadna z występujących gwiazd.

Za to trzeci dzień przeszedł moje oczekiwania... na terenie festiwalu pojawiłyśmy się dość późno, bo przed 19, ale widok był niesamowity: jeden wielki tłum! Zaczęło się od koncertu *Bastille* W każdej relacji z festiwalu czytam, że mieli najlepszy kontakt z publicznością - nie mogę się z tym nie zgodzić. Do tego takie z nich słodziaki! ♥ ( o ile można tak powiedzieć o artystach




Potem przyszedł czas na gwiazdę zza oceanu - *Incubus* Był to ich pierwszy koncert w Polsce i choć przyznaję, że oprócz nazwy zespołu, która obiła mi się o uszy, to nie kojarzyłam ich twórczości, to przez cały koncert czułam się jak zahipnotyzowana muzyką, jestem pod wrażeniem wielu utworów, a co do wokalisty: niektórzy ludzie, to jednak są stworzeni żeby stać na scenie i być gwiazdami!



Na koniec największa gwiazda festiwalu, czyli *Muse* Nagle wszyscy wpadli na ten sam pomysł żeby dostać się do pierwszych rzędów, więc po chwili wszystko się zablokowało i jeśli mam wyobrazić sobie ,,sardynki w puszce", to wyglądają dokładnie tak jak my na koncercie Na szczęście przejście kilka rzędów do tyłu, pozwoliło nam cieszyć się koncertem, jednocześnie oddychać i mieć możliwość ruszania rękami i nogami Nie wiem czemu, zespół kojarzył mi się wcześniej z nudnym brytyjskim rockiem (wybaczcie fani a tu nagle okazało się, że jest całkiem inaczej. Przed koncertem przeczytałam gdzieś, że to jeden z najlepszych zespołów świata. Teraz już wiem, że to wcale nie były puste słowa! Do tego ciągle coś się działo, raz zostaliśmy obsypani czerwono-białym konfetti, a potem pojawiły się nad nami ogromne piłki (?!) do odbijania.




Gwiazdom też się chyba podobało, bo podziękowali fanom na Instagramie, z resztą publiczność zgromadzona na zdjęciach też robi wrażenie. Po lewej zdjęcie Bastille, po prawej Muse.


Jak mogę podsumować czas spędzony na *OWF 2015*? Było cudownie!
Gwiazdy spisały się na medal, wciąż nie mogę się uwolnić od kilku piosenek, a ,,depresja pokoncertowa" jeszcze się utrzymuje Do tego jestem pod wrażeniem, że mimo tłumu, ludzie byli kulturalni i szanowali się, a dzięki temu każdy miał odrobinę miejsca (*nie dotyczy koncertu Muse by bezpiecznie się bawić!

Tak, słyszałam o aferze z cenami biletów w przedsprzedaży, które potem magicznie się obniżyły, a w dniu koncertu można je było dostać za śmieszne pieniądze; czytałam wszelkie hejty na profilu wydarzenia, że niby kolejki do toalet kosmiczne (serio 5-10 minut czekania na masowej imprezie to dużo?!), że za dużo budek z jedzeniem (tu też nie wiem komu to przeszkadzało), zarówno obsługi wydarzenia i służb porządkowych było tak dużo, że sama byłam zdziwiona jak szybko przebiega wpuszczanie na teren. A już najbardziej śmieszą mnie te żale wylewane na Facebooku, że mieszkańcy pobliskich dzielnic nie mogli spać, że muzyka była za głośno, wibracje za duże, że dzwonili na policję i straż miejską, a oni nic z tym nie zrobili. No dziwne, przecież powinni nas wszystkich rozgonić, artystów zapakować do więzienia i zamknąć teren. I najlepiej gdyby w ogóle w Warszawie nic się nie działo, żadnych wydarzeń kulturalnych, przecież mogli nam dać słuchawki, zrobić ,,silent concert", a nie puszczać głośno muzykę. Może czas się jednak przeprowadzić na wieś i uciec z ,,głośnej" stolicy?

Wszyscy wszystko hejtują, a ja chciałam tylko pozdrowić *PKP* i podziękować za nowy ,,super" rozkład, dzięki któremu trasę Warszawa-Lublin musiałyśmy pokonać trzema pociągami ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Nie mogę przestać ich słuchać! ♥




Chyba czas się postarać o bilety na Open'er Festiwal 2015
  • awatar Paatriciaa: Też bardzo lubie ten zespół :) ostatnio cały czas słucham ich piosenki memo :)
  • awatar worried: Uwielbiam ich! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Środowe łowy w SH, zawsze są udane ♥

 

 
Bardzo się cieszę, że w końcu coś zmienia się na lepsze, a sklepy zaczynają dostosowywać ceny do polskich zarobków. Mam nadzieję, że powoli zacznie to być normą, a nie tylko jednorazowym wydarzeniem. Bardzo daleko nam do Primarku i innych zachodnich sklepów, które oferują taką samą jakość ubrań, jak te w naszym kraju, ale może w końcu jesteśmy na dobrej drodze do zmian?

Pomijając fakt, że wszystkie wielkie promocje zaczynały się jedna po drugiej albo trwały jednocześnie, to mój portfel wcale nie przeżył tego tak boleśnie, jak mogłabym się spodziewać. Zobaczcie co udało mi się upolować!

Do trzech razy sztuka i to właśnie dopiero za trzecim razem udało mi się zrobić zakupy w niedawno otwartym *Outlet Center* Przy pierwszych dwóch próbach nie znalazłam nic ciekawego, w dodatku nie wszystkie sklepy były już otwarte. Ostatnio marki Mohito, Reserved, Sinsay i Cropp ogłosiły wyprzedaż -40% od cen outletowych i w końcu mogłam wybrać coś dla siebie!


Jeśli już kupuję coś w sieciówkach, to zawsze zwracam uwagę głównie na rzeczy, które ciężko znaleźć w moim ulubionym second-handzie, w moim przypadku są to sukienki i okrycia wierzchnie.
Dlatego wybrałam dla siebieudrową kurtkę za 35,95 zł i niebieski żakiet w tej samej cenie z *Reserved* oraz kurtkę w ciężkim do zidentyfikowania kolorze z *Mohito* za 47,94 zł W oko wpadło mi też kilka innych rzeczy, ale niestety nie były już dostępne w moim rozmiarze.

Potem przyszedł czas na buty. Mama wypatrzyła promocje w *Centro* gdzie wszystkie pary kosztowały 19,99, a kiedy wróciłyśmy tam na drugi dzień, okazało się, że teraz wszystko zostało przecenione na 9,99 zł! 5 par w cenie jednej to chyba dobry wynik?


Pozostając w temacie butów skusiłam się także na sportowe buty z *Lidla* za 39,99 zł. Znalezienie ich w jakimkolwiek sklepie wcale nie było łatwe. Początkowo chciałam te w czarnej wersji kolorystycznej, ale nie było mi dane zobaczenie ich na żywo, tak szybko się wyprzedały! W końcu udało mi się znaleźć białe, które kupiłam z myślą o siłowni. Ostatecznie okazało się, że są tak wygodne, że już zaczęły ze mną podróżować, a na siłownię kupiłam kolejne - mocno różowe, znalezione przypadkiem w Lidlu.



Nie wiem czy jeszcze ktoś pamięta o -40% wyprzedażach w *Rossmannie* ale tam nie miałam potrzeby szaleć. Mam spore zapasy dzięki wygranym produktom, a jedyna kategoria którą potrzebowałam uzupełnić, to produkty do ust. Kilka błyszczyków, szminka i Blistex w zupełności wystarczyły.


Uzupełniłam też na długo *soczewkowe* zapasy


W Sopocie nie kupiłam sobie żadnej pamiątki związanej z morzem, ale nie mogłam przejść obojętnie obok świetnego gadżetu do domu, czyli tablicy za równe 10 zł, którą wypatrzyłam w sklepie *Tiger* - odkryłam tę sieć jeszcze w Szkocji, mają mnóstwo pomysłowych produktów do domu, jednak najbliższy sklep mam dopiero w Warszawie, a niestety nie prowadzą sprzedaży online.



A jak tam Wasze wyprzedażowe łowy?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
No i w końcu wszystko się wyjaśniło

Witaj na świecie, Księżniczko ♥
 

 
Pierwszy dzień maja, to dobry czas na podsumowanie kolejnej akcji, a mianowicie ambasadorowania ze *Streetcomu* które tym razem miało na celu przetestowanie nowych owsianek od marki Kupiec - Coś na Ząb. Śniadanie to zdecydowanie moja ulubiona część codziennego menu, dlatego nigdy jej nie pomijam. Pomysłów na jego przygotowanie mam mnóstwo, ale niestety nie zawsze idzie to w parze z nielimitowanym czasem na przygotowanie czegoś pysznego. Dodatkowo muszę się przyznać, że moje poranne wstawanie to długi proces, w którym każda dodatkowa minuta drzemki jest na wagę złota
Nie ukrywam też, że zbliżające się lato jest dla mnie najlepszym straszakiem i w końcu postanowiłam się za siebie wziąć. Dlatego żadne fast foody, niezdrowe przekąski i nadmierne ilości słodyczy nie wchodzą w grę!

Jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy otrzymałam wiadomość, że to właśnie ja będę mogła przetestować i podzielić się swoimi wrażeniami na temat owsianek! W paczce otrzymałam 28 opakowań owsianek (7 dla mnie i 21 dla znajomych), ulotki i tradycyjnie już - Przewodnik Ambasadorki.


Od szybkiej, pysznej i co najważniejsze zdrowej przekąski dzielą nas tylko 3 kroki:
1) wsypujemy zawartość torebki do kubka lub miseczki
2) zalewamy gorącą wodą (a nie mlekiem!) tylko do poziomu płatków
3) czekamy 3 minuty i gotowe!

Do dotychczasowo dostępnych sześciu smaków owsianek Kupiec dołączył kolejny - naturalny, który pozwala dać upust naszej wyobraźni i połączyć go z dowolnymi składnikami lub po prostu zjeść w podstawowej formie - bez dodatków.

Zobaczcie jak wyglądał mój tydzień z 7 wariantami owsianek Kupiec - Coś na Ząb:
1. *naturalna* - nie mogłam odmówić sobie dodania własnych dodatków - rodzynki, kakao i płatki czekoladowe ♥


2. *truskawkowa* - powiedziałabym, że jest dla mnie najbardziej ,,polska", kojarzy mi się z latem, wakacjami i co najważniejsze z jednym najpyszniejszych polskich owoców.


3. *jabłkowo-bananowa* - od dawna wiedziałam, że jabłko i banan to połączenie idealne, ale nie wpadłam na pomysł by spróbować ich razem z owsianką, to był błąd!


4. *gruszkowa* - ma zapewnione miejsce na moim osobistym podium - smak, zapach, po prostu mniam!


5. *malinowo - żurawinowa* - kolejne miejsce na podium! Maliny dopiero pojawiają się na sklepowych półkach, ale owsiankę możemy jeść przez cały rok, a do tego w połączeniu z pyszną i posiadającą wiele wartości odżywczych, żurawiną!


6. *śliwkowa* - zaryzykuję, że zajmuje pierwsze miejsce w moim rankingu, zdecydowanie najpiękniejszy zapach i najbardziej oryginalny smak, pyszności!


7. *jabłkowo - cynamonowa* - no i na koniec wszystkim znane, popularne połączenie jabłka i cynamonu. Obecne w kuchni, kosmetykach i wiodący zapach wśród świeczek zapachowych. Może trochę mi się ,,przejadło" i dlatego wypadło poza podium, ale wielbicieli tego duetu chyba nie muszę przekonywać o jego słodkim smaku!


*Podsumowanie* Już sama nie wiem, który smak stał się moim ulubionym. Kiedy otworzyłam paczkę, byłam przekonana, że do gustu najbardziej przypadnie mi jabłko i cynamon, ale jak się okazało moje kubki smakowe najbardziej zadowoliła wersja śliwkowa, a zaraz za nią gruszkowa i malinowo - żurawinowa. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że moja rola ogranicza się tylko do zagotowania wody i zalania owsianki, a ja w tym czasie mogę robić coś całkiem innego, nawet drzemać Oczywiście smaki, to kwestia indywidualna, ale moim zdaniem owsianki nie da się zepsuć - no chyba że dodacie mleka zamiast wody i dolejecie więcej wody niż wskazuje poziom płatków! Oprócz smaków, nie da się też nie zauważyć cudownego aromatu przyporządkowanego każdej z owsianek - są intensywne, ale jednocześnie nie są sztuczne, a gdy wypełniają cały dom, to od razu przychodzi ochota na wstanie z łóżka!

A Wy co sądzicie o takim sposobie na szybkie śniadanie lub przekąskę w ciągu dnia?


Przypominam, że fakt zostania Ambasadorką nie miał wpływu na moją ocenę, a w kolejnych akcjach może wziąć udział każdy z Was, wystarczy zarejestrować się na stronie Streetcom
  • awatar jusi84: Ja testowałam prezerwatywy super stronka ;)
  • awatar Coldi: Uwielbiam owsianki :)
  • awatar choccolate: smaczne, ale mają dużo cukru w składzie. Wolę sama zrobić owsiankę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Jakiś czas temu informowałam Was, że dzięki zgłoszeniu na Facebooku, udało mi się dostać zaszczytny tytuł ambasadorki Sally Hansen *Miracle Gel* Teraz przyszedł czas na podsumowanie mojego ambasadorowania!

Na początku otrzymałam pudełko z losowo przydzielanymi lakierami Sally Hansen Miracle Gel


Znalazłam w nim 3 lakiery: 2 kolorowe: B Girl 240 i Spice Age 560 i bazę o numerze 100


Na pierwszy ogień wybrałam oczywiście przepiękny miętowy kolor, który chyba najbardziej ze wszystkich kolorów, kojarzy mi się z latem i wakacyjnymi podróżami! Cały proces obejmuje dwa proste kroki:
1) nakładamy 2 warstwy wybranego lakieru Miracle Gel
2) po wyschnięciu nakładamy 1 warstwę Miracle Gel Top Coat i gotowe!

B Girl *240*



Spice Age *560*
(dla mnie to kolor Coca-Coli zamknięty w buteleczce lakieru



Producent obiecuje nam efekt profesjonalnego żelowego manicure, bez konieczności użycia lampy UV, a do tego intensywny kolor, 14 dniową trwałość i łatwe zmywanie, a jak jest w rzeczywistości?
*Cena* około 30-35 zł za każdy produkt

Moja ocena: rzadko zdarza się, żeby producent wywiązał się w 100% ze swoich obiecanek, ale w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić! Nakładanie jest banalnie łatwe, nic się nie rozmazuje, nie klei, po pomalowaniu paznokci dwiema warstwami mamy efekt mocnego koloru bez żadnych smug. Lakier równo rozkłada się na całej płytce i nie ma mowy o żadnych ,,prześwitach"!
Jednak największą zaletą jest trwałość - nigdy nie uwierzyłabym, że kolor na paznokciach przetrwa tyle czasu i to w nienaruszonym stanie. Nie mogłam już wytrzymać i zmyłam kolor dokładnie po 7 dniach noszenia, ale paznokcie wyglądały dokładnie tak samo jak pierwszego dnia! Oczywiście przez cały tydzień robiłam wszystko to co zwykle, czego normalne lakiery nie wytrzymują dłużej niż 3-4 dni.
Również zmywanie nie stanowi żadnego problemu, łatwo można usunąć kolor za pomocą zwykłego zmywacza.

*Podsumowanie*
+ modne, intensywne kolory i do tego ten połysk!
+ krótki czas potrzebny do całkowitego wyschnięcia
+ łatwe i przyjemne nakładanie lakieru, nic się nie rozmazuje
+ trwałość ♥
+ łatwe zmywanie
- cena- wyższa niż w przypadku zwykłych lakierów, ale spokojnie można zainwestować w tak dobry produkt

Przypominam, że fakt zostania ambasadorką Sally Hansen nie miał wpływu na moją ocenę!

A wy jak oceniacie nowość?
  • awatar aqq0: Nie miałam okazji ich używać. Szkoda że nie robiłaś zdjęć i w ostatni dzień noszenia lakieru, byłoby widać odrost paznokcia i jak się trzyma lakier, bardziej wiarygodnie :D
  • awatar gosiaczek2930: zastanawiałam się nad tymi lakierami czy będą się tak trzymać,ale czytając u ciebie narobiłam sobie na nie ochoty chociaż tu w irlandi dosyć drogie 20-25E za kolor + top
  • awatar blog.carolicious: W takim razie warto sie skusic :) do tej pory nie kupilam, bo cena dosc wysoka :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Ostatnio wszystko się u mnie zmienia, a więc i nowości jest więcej. Dzisiaj nie pokażę Wam co upolowałam w SH (chociaż mam za sobą bardzo udane łowy!) tylko skupię się na innych kategoriach, zapraszam

*KSIĄŻKI*
Uwielbiam czytać książki i chyba zaraz po podróżowaniu to moje największe hobby. Nie biorę udziału w żadnych wyzwaniach związanych z ilością przeczytanych pozycji w danym miesiącu czy roku, bo czytam kiedy mam ochotę i nie zwracam uwagi na ich liczbę. W tym miesiącu postanowiłam przypomnieć sobie trochę angielski za pomocą kursu - *Instant English* poznać całą prawdę o wirusie Ebola - *Strefa skażenia* utwierdzić się w przekonaniu, że warto dążyć do celu i nie przejmować się innymi - *Grzeczne dziewczynki nie dostają tego, czego chcą* i poznać zakończenie najwspanialszej historii, jaką kiedykolwiek poznałam na kartkach książki - *Ostatnia spowiedź* Tom III.


*KOSMETYKI*
Zgodnie z zasadą, że wszystkie kosmetyki zużywają się jednocześnie postanowiłam zrobić małe zapasy i do swojej kosmetyczki dodałam: podkład Pharmaceris, BB Krem Soraya i korektor Bell.


Do tego przepiękne odcienie lakierów z wiosennej kolekcji Rimmel by Rita Ora!


*AKCJE*
Wiosna sprzyja wielu akcjom promocyjnym, więc i tu udało mi się załapać do kilku fajnych projektów. Na razie mogę Wam zdradzić dwa:
1) kampanię owsianek Kupiec, z akcji prowadzonej przez *Streetcom*


2) kampanię lakierów *Sally Hansen* które tworzą efekt jak z salonu kosmetycznego i to bez lampy UV.
  • awatar PINK HERO: Korektor z Bell miałam - polecam! :)
  • awatar amitié.: używałaś już tego kremu bb z soraya? spisuje się? :)
  • awatar Finamente: Fajnie, że masz szczęście zapalac się na różne akcje promocyjne :-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
W lutym podzieliłam podobny wpis na dwie części - hity i kity, tym razem ku mojemu zadowoleniu nie muszę dokonywać żadnych podziałów, bo miesiąc był jednym ze szczególnie udanych i w podsumowaniu nie ma miejsca na żadne negatywy!
Tradycją stało się już, że wiosenne miesiące zawsze są dla mnie pełne niespodzianek. Od kilku lat w napięciu czekam na marzec, kwiecień, maj i to nie z powodu nadejścia wiosny (za którą niestety nie przepadam), a właśnie z powodu ciekawości, co wydarzy się tym razem. A to jakiś niespodziewany wyjazd, a to wspaniała wygrana, a to jeszcze inna okazja która na długo zostaje w mojej pamięci. Tak też było i w tym roku!


Kosmetyki

1. Zestaw: szampon i odżywka Isana Repair Nutrition z Rossmanna - uwielbiam ten duet i uwielbiają go również moje włosy. Stosowane razem dają widoczne efekty, włosy są gładkie, łatwo się rozczesują i przede wszystkim pięknie pachną. Wyglądają jak budyń zamknięty w butelce i taką też mają konsystencję. Ostatnio najlepsze drogeryjne kosmetyki dla moich włosów.
Cena: ok. 9,99 zł za każdy z nich: 250 ml - szampon i 200 ml - odżywka

2. Pharmaceris F, fluid intensywnie kryjący, odcień 01 - wydaje mi się, że minęły czasy świetności dotychczas używanego przeze mnie, Healthy Mix z Bourjois. Znalazłam godnego, a może nawet lepszego zastępcę, cudownie kryje wszystko to co powinien i chociaż czasami mam wrażenie, że jest jeszcze trochę za ciemny, to w obliczu nadchodzącego lata nie jest to taki wielki problem. Polubiłam go już od pierwszego użycia!
Cena: ok. 35 zł/ 30 ml


3. Perfumy Michael Kors, Sexy Amber - wygrane w jednym z konkursów, więc wcale nie wybierałam sama zapachu, ale...jak ja lubię takie niespodzianki! Sexy Amber okazały się być cudownym, mocnym, orientalno-kwiatowym aromatem. Na początku wydawały mi się trochę za mocne, ale już się do nich przyzwyczaiłam i towarzyszyły mi przez cały marzec. Dominujące nuty zapachowe to: białe kwiaty, ambra, drzewo sandałowe.
Cena: ok. 200 zł/ 50 ml


4. Kawowy peeling do ust Pat&Rub by Kinga Rusin - jeszcze niedawno w ogóle nie wiedziałam, że jest coś takiego jak peeling do ust, a kiedy już się dowiedziałam to wydawał mi się zbędną rzeczą. W przypływie chęci zrobiłam swój pierwszy peeling i byłam zachwycona. Może nie jest to kosmetyk bez którego nie da się obejść, ale to zdecydowanie świetny gadżet dla tych, którzy do pielęgnacji ust potrzebują czegoś więcej niż tylko pomadki ochronnej.Ciężko opisać uczucie po jego użyciu, ale usta są jakby ,,odnowione". Następnym razem poszukam innego wariantu ,,smakowego", bo jako nie-smakosz kawy trochę przeszkadza mi jej intensywny aromat, chociaż przy takim działaniu nie ma na co narzekać. Jest też bardzo wydajny, nawet mała ilość wystarcza by spełnił swoje zadanie.
Cena: ok. 49 zł/ 30 ml


Gadżety
1. Poduszki z miastami - od zawsze uwielbiam motywy wielkich miast, nieważne czy są obecne na pościeli, obrazach czy innych rzeczach, nie dość, że ładnie wyglądają to jeszcze mogą zainspirować do kolejnej podróży. Nowy Jork i Londyn ze zdjęcia kupiłam na wyprzedaży, ale wciąż poszukuję kolejnych, szczególnie jakiejś z Berlinem ♥
Cena: 6 zł/ szt.

2. Powerbank - nie wiem kto wymyślił to cudowne i pomocne urządzenie, ale był geniuszem! Coraz częściej widzę, że ludzie korzystają z niego i ratują swoje rozładowane w najmniej sprzyjającym momencie sprzęty. (Chociaż niektórzy wciąż dziwnie się patrzą, gdy wyjmuję z torebki kable i podłączam do telefonu
Cena: od 20 zł w górę, zależnie od rodzaju.


Książki

1. Anatomia kłamstwa - uwielbiam poradniki, które wnoszą coś do mojego życia, a ten właśnie taki jest. W końcu obserwacja otoczenia, umiejętność dobierania sobie znajomych i eliminowania kłamców może nam bardzo pomóc, prawda? Szczegółową recenzją podzieliłam się z Wami już wczoraj - tutaj.
2. Zniszcz ten dziennik - w końcu uległam i dorwałam go w Biedronce podczas promocji. Nie wiem, czy można go w ogóle nazwać książką, ale podoba mi się! Z przyjemnością wykonuję wszelkie kreatywne, a czasami nieco dziwne zadania. Pewnie zrobienie ich wszystkich zajmie mi jeszcze trochę czasu, ale to sama przyjemność!

Wydarzenia
1. Przeprowadzka - w końcu udało mi się przeprowadzić, na co czekałam z utęsknieniem już od dłuższego czasu. Od kilkunastu dni w końcu mam święty spokój. Cisza, spokój i nowe życie, czy mogłabym wymarzyć sobie lepszy początek marca?!


2. Wieczór panieński - w ostatnim tygodniu marca brałam udział w niesamowitym wieczorze panieńskim. Nie myślcie sobie, że ,,niesamowity” oznacza dla mnie zwyczajne wyjście do klubu połączone z występem naoliwkowanego striptizera w przebraniu policjanta (serio?!), czyli totalną żenadę
Wspólnie z organizatorką całego zamieszania uznałyśmy, że trzeba godnie pożegnać naszą Pannę Młodą ze stanem wolności i beztroski. Z tymi określeniami najbardziej kojarzy się oczywiście etap dzieciństwa, więc właśnie do tego etapu postanowiłyśmy się cofnąć - wykupiłyśmy wszystkie słodycze popularne na początku lat 90. i wynajęłyśmy park rozrywki tylko dla nas! Okazało się, że wiek nie jest tu żadnym wyznacznikiem i każda z nas zapomniała o swoich 23 latach. Do tej pory nie nauczyłyśmy się, że nie miesza się wszystkich słodyczy jednocześnie, nie hamuje się łokciami na zjeżdżalniach i że baseny z kulkami też mają dno Wróciłam poobijana i ledwo żywa, ale jaka zadowolona! Oczywiście potem musiałyśmy przenieść się do miejsca, w którym już na spokojnie można było wznieść toast, ale i tak pierwsza część wieczoru była niezapomniana


3. Koncert Tokio Hotel w Warszawie - jak dzisiaj pamiętam, gdy 10 lat temu zaczęła się wielka Tokio Mania i nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle czasu. Lata największej popularności przypadły na okres mojego gimnazjum i wspaniale wspominam te lata bycia sweet sixteen Pamiętam mój pokój cały obklejony plakatami oraz czarny lakier i cienie, które stanowiły nieodłączny element mojego nastoletniego makijażu Potem Tokio zrobiło sobie długą zawodową przerwę, a ja skupiłam się na dorastaniu i zdawaniu matury. Mniej więcej rok temu pojawiły się newsy o ich wielkim powrocie - nowy styl, nowa muzyka, wszystko było inne i nowe.
Nowa płyta spodobała mi się od pierwszego przesłuchania, a kiedy dowiedziałam się, że zagrają w Polsce, to od razu kupiłam bilet. W końcu spełniłam marzenie z nastoletnich lat, dokładnie tak jak większość obecnych na koncercie, którzy również byli w moim wieku, zdarzali się nawet sporo starsi!
Można powiedzieć, że dorastałam ze swoimi idolami i nawet po tylu latach uwielbiam ich tak samo jak kiedyś ♥ Z pewnością to właśnie z ich powodu tak kocham Niemcy, w Berlinie czuję się jak w domu i zaczęłam realizować swoje marzenia i plany. Więcej opowiem Wam w innym poście, ale dzień koncertu, to zdecydowanie ulubiony dzień w tym miesiącu!

  • awatar Coldi: Przenośna ładowarka to coś co koniecznie muszę zakupić :) Kurcze, dawno nie niszczyłam swojego dziennika, trzeba to zmienić :D
  • awatar Finamente: Świetne podsumowanie :-) chyba kupię dzięki tobie ten duet z Isany ale do brązowych włosów :-) Wesołych Świąt :-)
  • awatar blog.carolicious: podusie śliczne :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Uwielbiam! I piosenkę, i teledysk ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie wiem jak to możliwe, że w kalendarzu widnieje już połowa marca i nawet nie próbuję sobie wytłumaczyć gdzie przepadło 28 dni lutego. Większość z nich spędziłam na uczelni walcząc z najgorszą w mojej studenckiej ,,karierze" sesją. Jednak było, minęło, a dziś mam dla Was nieco opóźnione podsumowanie lutego!
Hity:

1. Kosmetyki - ostatnio upodobałam sobie:
kremowy żel pod prysznic Balea o zapachu wiśni (Dusche & Creme Kirsche)
pachnie po prostu niesamowicie, ma tak intensywny wiśniowy aromat, że aż trudno przestać go wąchać, a kosztował 0,85 €/300 ml


pielęgnujący tonik Balea dla cery suchej i wrażliwej o zapachu migdałowym (Pflegendes Gesichts Wasser) idealny dla mojej skóry, stawiam go na równi, a może nawet wyżej niż osławiony biedronkowy płyn micelarny, cena: 0,79 €/200 ml


hypoalergiczne serum do rzęs Coloris, Inveo, rewitalizujące i pielęgnujące
zawsze brakowało mi cierpliwości i systematyczności w stosowaniu kosmetyków, na których efekty trzeba trochę poczekać. Postanowiłam jednak spróbować i tak od pierwszego dnia nowego roku codziennie używałam odzywki. Nigdy nie narzekałam na długość swoich rzęs, ale takich efektów się nie spodziewałam - rzęsy są długie i bardzo podkręcone i to bez użycia tuszu! Postaram się wstawić za kilka dni pełną recenzją, bo naprawdę warto zainwestować w tę odżywkę. Cena: 150zł / 3,5ml za zestaw serum+tusz, jednak często widzę promocje, gdzie cena jest niższa nawet o połowę.


2. Film: Przegapiłam koniec emisji Mody na Sukces w telewizyjnej jedynce i jakoś nie interesowało mnie, co pojawi się w pustym czasie antenowym. Przypadkiem trafiłam jednak na odcinek ,,Wspaniałego Stulecia" i wciągnęłam się na dobre! Mam słabość do filmów kostiumowych, których akcja dzieje się w egzotycznych państwach typu Maroko, Indie itp. Tutaj wszystko rozgrywa się w Turcji,a fabuła oparta jest na życiu dworu osmańskiego, w okresie panowania sułtana Sulejmana Wspaniałego.


Oczywiście film w dużym stopniu nawiązuje do prawdziwych wydarzeń historycznych, ale większość czasu zajmują intrygi i wydarzenia, z powodu których nie mogę się doczekać każdego następnego odcinka. No i oczywiście piękne stroje, wnętrza i przepiękna Turcja ♥

3. Aplikacja: Nieważne czy podczas sesji podglądacie żubry czy inne zwierzęta, najważniejsze by robić coś, co jak najmniej związane jest z sesją i pozwala całkowicie zrelaksować się szarym komórkom. Kiedyś w rankingu najbardziej dochodowych aplikacji na smartfony znalazłam grę Kim Kardashian Hollywood i od razu postanowiłam sprawdzić, czemu zawdzięcza taką popularność. Tak...miałam tylko ,,sprawdzić" i dziwnym trafem jestem już na 24 poziomie

Gra jest banalna, polega na wykreowaniu swojej postaci i chodzeniu na sesje, pokazy mody, kumplowaniu się z Kim i resztą rodziny Kardashianów. Na ogół jestem przeciwna marnowaniu czasu na tego typu rozrywki i wcale się nie zdziwię, jeśli gra jest popularna na poziomie przedszkola, ale no cóż - wciąga

4. Ubrania: Podczas moich pierwszych zakupów na stronie Showroomu, dwie rzeczy nie przypadły mi do gustu i musiałam zrobić zwrot - to była zdecydowanie najlepsza decyzja, bo w zamian wybrałam sobie jedną z moich ulubionych obecnie sukienek w szafie - białą, warkoczową sukienkę projektu Mileny Płatek - idealna na większe okazje, ale i na codzienne wyjścia, a takie uniwersalne rzeczy lubię najbardziej - cudo!(zapomniałam dołączyć całościowego zdjęcia, ale kawałek tego cudownego materiału możecie zobaczyć na pierwszych zdjęciach

5. Książki: Z powodu sesji nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie książek, ale udało mi się przeczytać kilka zaplanowanych - najciekawsza okazała się ,,Go-Go Club" Dziś już takie miejsca nie są dla nikogo tematem tabu, a z powodu milionowych rachunków niewiadomego pochodzenia zrobiło się o nich jeszcze głośniej. W książce pokazany jest świat dziewczyn pracujących w takich miejscach, ich przemyślenia i ,,przygody". Smutne jest to, że bohaterkami są młode dziewczyny, w większości studentki, dla których taka praca jest jedynym wyjściem, by móc się samodzielnie utrzymać.


6. Kreacje: W lutowych hitach nie mogłam zapomnieć o Oscarze dla Idy! Pominę fakt nagonki na aktorki, które akurat w czasie ogłoszenia wyników wyszły na winko, a właściwie pominę nawet sam film, bo na razie nie zdążyłam go obejrzeć, ale jest coś co uwielbiam na wielkich galach - relacje z czerwonego dywanu i przepiękne sukienki od projektantów. W tym miesiącu mój osobisty ranking wygrała kreacja Jennifer Lopez podczas Oscarów:

Wcale nie gorzej prezentowała się Taylor Swift na rozdaniu nagród Grammy. Nie miałam zbyt wiele czasu, żeby przejrzeć wszystkie kreacje z polskich imprez, ale nie mogłabym przeoczyć sukienki Kingi Rusin z Balu Dziennikarzy - piękna!


Kity:
1. Największy kit tego miesiąca to sesja. Przedostatni semestr studiów magisterskich okazał się najgorszym, najtrudniejszym i naszpikowanym milionem projektów, zaliczeń, egzaminów i ukrytych niespodzianek. Już sama nie pamiętam kiedy to się dokładnie zaczęło, ale co najważniejsze - już się skończyło! Indeks oddany do dziekanatu, a przede mną ostatni semestr i obrona pracy magisterskiej!

2. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że uda mi się pojawić na krakowskim koncercie Katy Perry, na którym dodatkowo supportem była Charli XCX. Próbowałam swoich sił w wielu konkursach, gdzie do wygrania były bilety, w sumie nie były zbyt drogie, więc zastanawiałam się nawet nad zakupem. Okazało się jednak, że 24 lutego czeka mnie kolejne zaliczenie i wpisy, więc z koncertu nici. Żałuje jeszcze bardziej gdy czytam relacje i oglądam zdjęcia


3. Pokazałam Wam już najpiękniejsze według mnie kreacje, ale przyznam że wybór był bardzo prosty. Większość kreacji na czerwonym dywanie, to albo jakieś nieudane modowe eksperymenty, albo próba zwrócenia na siebie uwagi za wszelką cenę. Tym razem wygrywa Madonna na Grammy, Joy Villa w siatce na zakupy i Rihanna jako różowa gąbka
  • awatar blog.carolicious: Wrzuc jakies efekty tych rzesowych wspomagaczy - ja tez mam oroblem z systematycznoscia przy takich produktach :( dobrze, ze juz uporalas sie z sesja :) !
  • awatar Finamente: Też oglądam wspaniale stulecie, z racji tego że uwielbiam historię jest to mój konik lubię sobie właśnie coś takiego zobaczyć :-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Skusiłam się na dziennik w biedronkowej promocji, kupiłam, zrobiłam dwie strony i mi się odechciało <kobiecalogika>

Dobra, dobra zabiorę się za niego, jak tylko wróci moja wena!
  • awatar Coldi: Też mam :D
  • awatar ssylwucha: mam i uwielbiam, ale brakuje mi czasu na robienie zadań. :D
  • awatar blog.carolicious: ja nie mam i nie planuję, ale Tobie powodzenia! wena wróci to dokończysz dzieło :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Jak Wam się podoba metamorfoza Kim? :O

Bo według mnie w porównaniu do poprzednich, to jest tragicznie Jest chyba ostatnią osobą, której pasuje taki odcień :O
  • awatar hairlovelo: Według mnie ładnie, ale w porównaniu do tych gęstych i ciemnych włosów jakie miała to lipa troche :S
  • awatar PinaBela: czarne zdecydowanie:)zapraszam do mnie
  • awatar Makeup By Magiczna: coś majstrowała przy nosie ale dlaczego to nie kumam :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Niedawno wzięłam udział w promocyjnej akcji Love Me Green, podczas której poszukiwane były testerki ekokosmetyków. Potem całkiem zapomniałam o swoim zgłoszeniu, aż do dnia w którym dostałam tajemniczą przesyłkę, a w niej organiczny energetyzujący *peeling* do ciała Love Me Green.


*Opakowanie* produkt był bardo dobrze zabezpieczony - zapakowany w dwie ochronne folie, a sam peeling umieszczony w plastikowym pojemniku z nakrętką. Z jednej strony podoba mi się, że opakowanie jest minimalistyczne, dokładnie tak jak wyobrażam sobie wzorcowe opakowania ekokosmetyków. Przezroczystość pozwala błyskawicznie sprawdzić ile produktu zostało w opakowaniu. Z drugiej strony taka forma przechowywania i korzystania z produktu nie jest zbyt wygodna, odkręcanie podczas peelingu bywa uciążliwe, do tego słoiczek cały czas pozostaje tłusty, brakuje też folii umieszczonej pod nakrętką. Zdecydowanie bardziej wolałabym formę tubki lub peeling z pompką ( czy ktoś taki w końcu stworzy?)

*Konsystencja* dobrze sprawdza się podczas peelingu, nie jest ani zbyt stała, ani wodnista. I teraz największy plus produktu - duże kryształki! Chyba jedne z największych, z jakimi miałam do czynienia w peelingach, a co za tym idzie o najmocniejszym działaniu. Warto podkreślić całkowicie naturalny skład produktu, dominujące składniki to: cukier, olej arganowy, ekstrakt z papai, olejek ze słodkich pomarańczy.


*Zapach* Jeszcze przed otwarciem wyczuwa się mocną woń pomarańczy - bardzo naturalną i niczym nie różniącą się od zapachu prawdziwych owoców. Wielkim plusem jest to, że utrzymuje się nie tylko podczas samego zabiegu, ale także długo po nim. Zwolenniczki intensywnych, zdecydowanych zapachów - będziecie zadowolone tak jak ja!

*Działanie i efekty* ze względu na wielkość i ostrość kryształków użyłam peelingu do nóg i w tym przypadku okazał się strzałem w dziesiątkę! Granulki masują skórę i pozbywają się martwych komórek naskórka i w końcu robią to dokładnie! Większość peelingów, które według zapewnień producenta miało być mocnymi, okazywało się słabymi peelingami z ledwo wyczuwalnymi granulkami. W tym przypadku jest całkowicie odwrotnie, ale pamiętajcie żeby nie przedobrzyć i po pierwsze: nie używać peelingu, tam gdzie nasza skóra jest wrażliwa, a już w żadnym wypadku nie stosować go na twarzy; a po drugie nie wcierać go z całej siły, a jedynie delikatnie wetrzeć. Peeling nie tylko świetnie poradził sobie z wrastającymi włoskami, ale też pozostawił moją skórę odżywioną i oczyszczoną, nie zauważyłam żadnych podrażnień.


*Podsumowując* największym plusem są duże kryształki, które pozwolą wykonać bardzo mocny peeling oraz skład: produkt zawiera wyłącznie naturalne składniki,. Minusem jest niestety nieporęczne opakowanie, ale myślę, że w przyszłości da się to zmienić. W końcu łatwiej dobrać opakowanie do świetnego produktu niż stworzyć zadowalający produkt od podstaw.

Ciężko jest mi porównać ten produkt do jakiegokolwiek innego, bo dotychczasowe peelingi były delikatne, miały małe granulki i nie sprawdzały się w trudniejszych zadaniach, ten - przeznaczony do zadań specjalnych, już dołączył do moich ulubieńców i pewnie szybko zniknie z opakowania.

*Cena* ok. 49,90 zł / 200ml

A Wy miałyście do czynienia z produktami Love Me Green, a może nawet z tym peelingiem?
  • awatar Ιzucha: kiedy dodasz wpis, który nie będzie sponsorowany?
  • awatar Mirya: Nigdy o nich nie słyszałam :p Cena trochę powala :p
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Od zawsze uwielbiałam blogi modowe. Najpierw przekopywałam całą bazę dostępnych w sieci witryn, wybierałam te które najbardziej mi się podobają, a potem tak się od nich ,,uzależniałam”, że odwiedzałam je praktycznie każdego dnia, sprawdzając czy ich właścicielki nie opublikowały czegoś nowego. Co prawda większość moich ulubionych blogerek pochodzi ze Skandynawii, ale wiele inspiracji odnalazłam także na kilku polskich blogach, m.in. u Karoliny Glinieckiej, czyli *Charlize Mystery* Informacja o wydaniu przez nią książki bardzo mnie ucieszyła i od razu dodałam ją na swoją listę obowiązkowych lektur. Teraz jestem na świeżo po przeczytaniu i uważam, że każda minuta spędzona z tą książką to świetnie wykorzystany czas!

Charlize Mystery - Karolina Gliniecka
(Nie) mam się w co ubrać
Wydawnictwo SQN, 2014

Podróż z blogerką zaczynamy od zapoznania się z *rodzajami sylwetek* – bez tego nie ruszymy dalej, bo jak mamy wiedzieć w co się ubrać, skoro nie wiemy w czym wyglądamy korzystnie? Każda figura jest dokładnie opisana i wzbogacona pomocnymi wskazówkami, którymi powinnyśmy kierować się podczas doboru stylizacji do naszych kształtów.


Kolejna część stanowi szczegółowe kompendium wiedzy na temat każdej możliwej *części garderoby* Poznajemy rodzaje swetrów, sukienek, żakietów, dowiadujemy się kiedy pojawiły się w historii mody i z czym je zestawić, by wyglądały najkorzystniej. Opisy są opatrzone zdjęciami samych ubrań, proponowanych stylizacji, a także propozycji z Charlize w roli głównej. Znajdziemy też odpowiedzi na pytania czytelniczek, propozycje i ciekawostki dotyczące wszystkich opisywanych ubrań.




Wiele miejsca zostało także poświęcone dodatkom, które jak wiadomo mogą być decydującym elementem w całej stylizacji. Z tej części dowiemy się nie tylko jak je ze sobą łączyć, ale też na co zwrócić uwagę podczas wizyty w sklepie i jak zadbać o to by służyły nam przez długie lata, wciąż zachowując idealny stan.
Mam też swoje dwa *ulubione rozdziały* i przyznaję się, do przeczytania ich w pierwszej kolejności! Pierwszy z nich to ,,Czas na porządki” - nie wiem jak Was, ale nic nie cieszy mnie tak, jak otwierająca się bez problemu szafa, z której nie wysypuje się na nas milion wrzuconych na szybko części garderoby, w której panuje idealny porządek, a wszystko ułożone jest według zasad – tego właśnie uczy nas Charlize. Poznamy tajniki przechowywania ubrań i dodatków i przejdziemy przez siedem kroków, które pozwolą nam cieszyć się perfekcyjną garderobą.


Równie duże wrażenie zrobił na mnie rozdział ,,Mistrzyni Zakupów” - zapoznałam się z nim tuż przed polowaniem na tegorocznych wyprzedażach i większości wyborów dokonałam właśnie dzięki radom Charlize. Dowiedziałam się z niego na jakie rzeczy najlepiej polować, jak nie dać się oszukać podczas promocji i jak zaplanować swoje zakupy, by nie tylko wyjść z nowymi rzeczami, ale też z uśmiechem na twarzy i niskim rachunkiem.
Blogerka zamieściła pomocną ściągawkę, do której możemy zerknąć nie mając pomysłu co założyć, do pracy i na randkę, a także szybko sprawdzić co znajduje się na liście obowiązkowych klasyków w szafie. Na końcu znajduje się też słowniczek z terminami, które powinna znać każda fashionistka!
Nie sztuką jest posiadać wiele ubrań, ale łączyć je ze sobą niepowtarzalny, indywidualny sposób. Charlize nie tylko podpowiada jak to robić, ale też namawia do małych szaleństw i odrywania swojego własnego stylu. Książkę czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie, jak najszybciej chcąc odkryć wszystkie modowe tajemnice. Bardzo podoba mi się jej szata graficzna – duże i kolorowe zdjęcia sprawiają, że oprócz czytania równie przyjemnie się ją ogląda.



Spodobał mi się też przewrotny tytuł książki, zapoznanie się z propozycjami *Charlize* i co najważniejsze wcielenie ich w życie sprawia, że czytelniczka przechodzi z etapu ,,nie mam się w co ubrać” w ,,mam się w co ubrać” a do tego wie, jak robić to dobrze!
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to kilka błędów – nie wiem czy zawinił druk czy korekta ale zdanie skonstruowane bez ładu i składu i w dodatku rozpoczynające książkę trochę psuje profesjonalny efekt i wyłącznie za to mogę odjąć jedną ocenę. Mimo to, takie błędy nie miały dla mnie wpływu na przekaz całego przewodnika, który bardzo, ale to bardzo polecam każdej z Was!

Jeszcze nie zdecydowałam gdzie jest najlepsze miejsce dla przewodnika od Charlize Mystery, czy na półce z ulubionymi książkami, czy może w szafie gdzie zawsze będzie pod ręką podczas codziennych ciężkich wyborów. Już teraz często do niej wracam, czasami by przypomnieć sobie jakiś rozdział, a czasami by tylko obejrzeć piękne zdjęcia. Takiej książki zdecydowanie brakowało w mojej biblioteczce!

*Moja ocena* 9/10 i oczywiście trafia do ulubieńców!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Dzisiejszego ranka, jak zwykle zagłębiłam się w internetowe nowinki i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że cały świat zajmuje się określaniem koloru jakiejś sukienki (?!)

Sukienka bardzo przeciętna, ale nie o krój tu chodzi. Na pierwszy rzut oka byłam pewna, że jest niebiesko-czarna, ale po zapisaniu zdjęcia ukazała mi się już w kolorze biało-złotym WTF?!

A Wy co widzicie?

  • awatar wiecznosc: widzę u ciebie na zdjęciu czarno niebieską. zapisałam i dalej jest niebiesko czarna.; p a bolerko jest niebieskie a nie białe jak ktos nizej napisal;D
  • awatar Arvene: http://www.gizmodo.in/science/What-The-Fuck-Is-Wrong-With-Your-Eyes-A-Dress-Explainer/articleshow/46391463.cms ;) po ang ale głównie chodzi o nasze pręciki i czopki w oczach, zależy czego jest więcej, jak masz więcej czopków to widzisz biało-złote a jak pręcików to czarno-niebieskie, ważne też jest oświetlenie gdzie się znajdujesz patrząc na zdj dlatego ja właśnie jak było jasno widziałam biel i złoto a wieczorem na fejsie już mi się zmieniło na czarny i niebieski ;) a sukienka tak naprawdę jest niebiesko-czarna :)
  • awatar skyelephant: Haha u mnie kobalt i czerń, ale widziałam to już na jakimś snapchacie i nie mam pojęcia o co chodzi :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (16) ›
 

 
Dzisiejszej nocy odbyło się 57 rozdanie nagród *GRAMMY*, oczywiście jak zwykle wszystkie najważniejsze gale i rozdania przypadają w czasie sesji egzaminacyjnej, więc zamiast nocnego oglądania musiałam zadowolić się tylko przejrzeniem listy zwycięzców, no i oczywiście kreacji z czerwonego dywanu. Jak było w tym roku? Moim zdaniem albo to moda idzie w dziwnym kierunku, albo gwiazdy chcą po prostu zwrócić na siebie uwagę za wszelką cenę.

*Najlepsze*
*Taylor Swift* - widziałam, że o tej kreacji Elie Saab rozpisują się wszystkie zagraniczne i polskie media, jednogłośnie nadając jej tytuł najlepszej. Moim zdaniem bardzo słusznie, bo wygląda wspaniale!
Kolor i krój sukienki, buty, w sumie wszystko ♥
*Ciara* - klasyczna czerń zawsze wygląda dobrze i chociaż zdania są podzielone, to czarna asymetryczna suknia bardzo przypadła mi do gustu!


*Kardashianki* rzadko zaliczają modowe wpadki. Tylko Kim może wyglądać dobrze w błyszczącym sukienko-szlafroku Jean Paul Gaultier, a w krótkich włosach wygląda równie pięknie, jak w długich. Kylie spokojnie dorównuje siostrze i świetnie wygląda w tak eleganckim wydaniu


*Paris Hilton* i *Jhené Aiko* - i to by było na tyle z najładniejszych według mnie sukienek na gali, zdecydowanie łatwiej było wybrać najgorsze!


*Najgorsze*
*Rihanna* - różowa sukienka zaatakowała mnie od razu gdy po obudzeniu wpisałam w wyszukiwarkę hasło 'Grammy', do tego miliony memów, które zdążyły powstać przez parę godzin i oczywiście tytuł najgorszej sukienki. Może i Riri wygląda jak warstwowa babeczka, albo gąbka, ale przynajmniej wszyyyyscy o niej mówią!
*Joy Villa* - nie wiem co było inspiracją, ale mnie kojarzy się z przedszkolnymi wycinankami albo siatką na zakupy prosto z PRL-u!


*Lady Gaga* - kojarzy mi się raczej z imprezą w rezydencji Playboya niż z prestiżową galą. Tym razem obyło się bez mięsnej sukienki.
*Niña Pastori* - moja wyobraźnia widzi ją gdzieś między arabskimi rezydencjami, a królewskimi balami kilka wieków wstecz, no i ten wzór, relaksująco działający na oczy.


*Charlie XCX* - jako Towarzyski Królik z Simsów, niby nie jest najgorzej, ale coś tu nie gra, prawda?
*Madonna* - wybrała strój od Givenchy i jak zwykle lubi szokować


Z takimi kreacjami zawsze jest problem. Kilka portali klasyfikuje je jako najlepsze, inne jako najgorsze.
*Rita Ora* postanowiła zakryć wszystko, ale przynajmniej nie zapomniała o srebrnym kolorze, który w tym roku często pojawiał się na czerwonym dywanie.
*Jane Fonda* - nie można powiedzieć, że wygląda najgorzej, ale coś tu się jednak gryzie. Do tego te buty i... pamiętacie, że Jane ma już 77 lat?


Znowu obyło się bez większych zachwytów, ale za to nie brakowało kontrowersji. Mam nadzieję, że kreacje na Oscarach to dopiero będzie coś!
  • awatar ♣Rebellious Feminine♣: Taylor mega pięknie,w sumie Kim Kardashian dla Mnie wyglądała bardzo słabo tak samo jak Beyonce.Co do Gagi w końcu wygląda normalnie,bez żadnego "przebrania",Madonna mogłaby sobie darować te prowokacje bo wygląda niesmacznie.
  • awatar Mirya: Taylor rozwaliła konkurencję na łopatki!
  • awatar Coldi: Taylor miała przepiękną sukienkę :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Koniec roku upłynął tak szybko, że nawet nie zdążyłam się z Wami podzielić moimi ostatnimi wygranymi. Dziś nadrabiam zaległości i mam nadzieję, że za miesiąc szczęście także mi dopisze. Marzy mi się jakaś wygrana wycieczka, więc kto wie?

1. Zostałam Ambasadorką Smaku Lata, a w ramach tej akcji czekała na mnie taka oto paczka


2. Po zakończeniu akcji, za uzbierane punkty wybrałam sobie frisbee i przenośny głośnik


3. Halloweenowe słodycze od Chocolissimo


4. Słodycze Lindt


5. Bon do Showroomu na 500 zł


6. Zestaw kosmetyków w ozdobnym pudełku


7. Koloryzujące kredy do włosów


8. Perfumy Michaela Korsa i zaproszenie na makijaż do perfumerii Douglas


9, 10. Koszulka, płyta i inne gadżety ze sklepu Preorder za dwa etapy konkursu



11. Grill elektryczny wymieniony na punkty w klubie GFK


12. Misie z promocji Wedla


13. Książka


Otrzymałam też kilka rzeczy z przeprowadzonych akcji promocyjnych, m.in.: bulionetki, mapy, plaster Compeed czy próbka Fairy






  • awatar jusi84: zapraszam do mnie jak są jakieś konkursy czy darmowe próbki podaje je na stronie by inne dziewczyny też z tego skorzystały ;)
  • awatar Monia-chan: pozazdrościć!:D
  • awatar amnezja69: gdzie to te konkursy? też bym chciała wygrać :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Witam Was po raz pierwszy, w nowym 2015 roku. Szczerze mówiąc, nie czuję jakichś większych zmian, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia. Dotychczas nie robiłam noworocznych postanowień, ale w tym roku postanowiłam się za siebie wziąć i wyznaczyć sobie kilka małych celów do zrealizowania. Pod koniec grudnia postanowiłam zaopatrzyć się w organizer. Z pomocą przyszła Biedronka, gdzie znalazłam kalendarz idealny - z podziałem tygodniowym, inną szatą graficzną na każdy miesiąc i uroczą Minnie, która będzie towarzyszyć mi przez cały rok



Tymi bardzo osobistymi planami, nie będę się dzielić, ale stworzyłam luźną listę Before I die, która również będzie wyznacznikiem 2015 roku!














  • awatar hairlovelo: A u mnie w biedronce były tylko takie zwykłe :s ten jest świetny, może za rok upoluje jakiś fajny :d
  • awatar Coldi: Jeja, ale czadowy kalendarz ♥ Powodzenia w realizacji planów :)
  • awatar When your dreams are fail...: Bardzo fajny kalendarz. :) obs + zapraszam do mnie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Z powodu problemów na Pingerze, praktycznie całkowicie przeniosłam się na Blogspot, jednak wciąż jest tu dużo blogów, które lubię odwiedzać. Myślę, że dam Pingerowi jeszcze jedną szansę

Świąteczne przygotowania poszły jeszcze szybciej i łatwiej niż się spodziewałam. W tym roku postanowiłam zadbać o wszystko wcześniej i nie zostawiać niczego na ostatnią chwilę. Dziś pokażę Wam, co udało mi się upolować w *SH* zapewne już ostatni raz w tym roku.

Gdy zobaczyłam odłożoną *sukienkę* zaczęłam szukać jakichś wad, ale widocznie kogoś odstraszyła wysoka, jak na SH cena. Chociaż na metce widnieje nieznana mi marka Ribbon, wiedziałam że skądś ją kojarzę. Okazało się, że jest identyczna, jak te marki Asos, które można znaleźć np. na Allegro za ponad 100 zł.

Według mnie jest idealna - czarna, z niemnącego się materiału, z ciekawą baskinką, siateczką i kolcami na ramionach. *Cena* 30 zł



Drugą rzeczą jest *torebka* Pamiętam jak dokładnie rok temu narzekałam na ich brak. Teraz raczej narzekam na brak miejsca, w którym mogłabym je wszystkie pomieścić Ale szarej jeszcze nie miałam...
Już mam i to mega pojemną i z tego co zdążyłam zauważyć - bardzo wytrzymałą! *Cena* 9 zł


Jestem bardzo zadowolona z tego, co udało mi się znaleźć.
Tym bardziej, że teraz staram się wybierać tylko takie rzeczy, które są mi naprawdę potrzebne i których brakuje w mojej szafie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Ostatnio coraz częściej poszukuję idealnego miejsca do zakupów w sieci. To już nie te czasy, kiedy latanie po centrach handlowych w poszukiwaniu ukrytych okazji i wyprzedaży dostarczało mi przyjemności i adrenaliny (no może są w tej kwestii małe wyjątki Wolę na spokojnie usiąść przed komputerem i zastanowić się kilka razy zanim znowu kupię coś pochopnie. Wczoraj widzieliście jedno z moich zamówień, dzisiaj przyszedł czas na kolejne - będące podstawą do całej reszty.

Najnowszy zakup postanowiłam zrobić w sklepie Ulubiona Bielizna -> http://ulubionabielizna.pl
Uwielbiam kiedy sklep dba o klienta i pamięta o każdym szczególe, takim jak dopasowane opakowanie i dodatki - otrzymałam katalog z bielizną dostępną w sklepie oraz 10% rabat na kolejne zakupy. A co wybrałam, zobaczcie same:




Nic nie zapowiada aby z mojej szafy miały zniknąć rzeczy w kolorze nude, wręcz przeciwnie pojawia się ich coraz więcej. Teraz przyszedł czas na bazę - komplet bielizny w kolorze nude z akcentami klasycznej czerni.

Z pośród całej gamy produktów dostępnych na stronie upatrzyłam sobie właśnie komplet marki Livia Corsetti o nazwie *Shanti* składający się z koszulki i klasycznych fig.



Jak widzicie dalej udaje mi się spełniać moje postanowienie o gromadzeniu tylko takich rzeczy, których jeszcze nie mam, piżama nude z listy must have - już jest!
 

 
Dziś Halloween, jeden z najbardziej spornych dni w naszym społeczeństwie. Jedni ostro krytykują, a inni wprowadzają do domu amerykańskie akcenty. Nigdy nie miałam nic przeciwko całej tej otoczce z dyniami, czarownicami i mrocznymi przebraniami i wątpię bym kiedyś zmieniła swoje poglądy. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, należy się nam zatem czas na smutek i zadumę, jak i na zabawę i uśmiech. Zapisu Halloween w polskim kalendarzu raczej nie ma się co spodziewać, ale nie mogłam sobie odmówić zrobienia dyniowego lampionu! Jak na pierwszy raz, to myślę że nie wyszło najgorzej!



Oczywiście moja dynia ma przekaz pozytywny

Miłą niespodziankę sprawił mi też dzisiaj kurier, który dostarczył Halloweenowe słodkości wygrane w konkursie. Zobaczcie jakie cuda robi marka Chocolissimo: czekoladowe nietoperze, mirabos i trufle z chilli






A Wy jesteście przeciwnikami czy zwolennikami dyniowego święta?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›